Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

 
 
Home Page arrow IAN Stories arrow Aviation Events arrow 13-tka nie musi być pechowa
 

Now in all pressshop:

Check It!

Read more >>

 


Google
Web IAN
Advertisement
 
13-tka nie musi być pechowa PDF Drukuj E-mail
Monday, 09 June 2008
Jak to dobrze że nie wierze nie jestem przesądny - przynajmniej jeśli chodzi o czarne koty i drabiny! Może właśnie, dlatego - skrzętnie unikając „numerków" - od pierwszych dużych pokazach sezonu mówiłem nie inaczej jak tylko „Piknik" albo „Góraszka". Na koniec upewniwszy się przezornie w kalendarzu, że w „ten" piątek na pewno jest 6 czerwca narażając się na wymówki i kiepski humor szefa już o 12 urwałem się z pracy i wyemigrowałem na cztery dni do Góraszki.

Wszystko zaczyna się odwrotnie niż planowałem, zamiast na trzynastą - a co! - dotarłem na pół do czwartej. Na lotnisku są już prawie wszyscy, brakuje „tylko" samolotów! To znaczy są, ale nie te, na które czekałem - Spitfire gdzieś tam ma kłopoty z odlotem z Berlina, Bronko nie może przebić się przez góry i front. No tak, zaczęło się! Nadciąga „ciężka jazda" - Mi-14 PL z Darłowa! Staram się zrobić jakieś dobre zdjęcie - to jedyna okazja, rozkaz w najwyższego biurka uziemni ten piękny śmigłowiec do końca pokazów na betonce daleko pod lasem. Kolejny „uziemniony" śmigłowiec - SW-4 z Wojsk Lądowych - nadciąga ze wschodu. W jaki sposób mamy zachęcić młodych ludzi do wstępowania do lotnictwa i dokonywania „wymiany pokoleniowej"? Z pokazów wynoszą wspomnienia stratosferycznych „odkurzaczy" z Poznania i Mińsku, na dodatek jeszcze pilotowanych przez wybrańców losu? A reszta lotnictwa wojskowego prezentuje się w postaci wciąż tych samych egzemplarzy pokazywanych przez ostatnie kilka lat, co prawda w innym malowaniu, ale za to zawsze na ziemi. Zobaczymy może w sobotę będzie lepiej...

W Góraszce wszystko jest znane, znajome i takie same od lat - no tak dla mnie to już jedenasty raz jak będę się włóczył po tym lotnisku z aparatem na ramieniu. Jak zwykle poranne chwile przy hangarze to seria niekończących się uścisków rąk, „niedźwiadków" i pytań; „co tam u Ciebie?, u Was słychać?", zaproszeń na lotniska w całym kraju i solennych zapewnień że „w tym roku to już na pewno". Biorę się wiec za „odrabianie pańszczyzny" wszak jestem po to żeby dokumentować dla potomnych. Dokumentować, ale co? Pokazy w Góraszce to już „firma z tradycjami", możliwości pola wzlotów wyzyskali przez poprzednie lata do maksimum. Catalina jest chyba największym możliwym do zaproszenia statkiem powietrznym, a i 600 metrów pasa to nie O'Hare. Kryzys paliwowy ogranicza zakusy licznych do niedawna „powietrznych turystów" na spędzenie pokazowego weekendu w Góraszce. Więc co takiego jest w tym miejscu, że co roku jak ćmy do światła zlatujemy się z całego świata? Po pierwsze atmosfera - tu znamy się wszyscy; piloci, obsługa, reporterzy, wystawcy, a nawet stali bywalcy spośród publiczności. I specyficzna swoboda, wypracowana przez lata dzięki atmosferze pikniku. Tylko tutaj można „poteoretyzować" z przedstawicielem największego koncernu produkującego samoloty bojowe o sprawach, o których nabrałby wody w usta choćby w Radomiu. Tu nikogo nie rażą nawet sandałki i podkoszulki na VIP-owisku. Tymczasem dochodzi południe.

Czas na „oficjałki" - będą orły, sztandary, orkiestra zagra tusz ... i już - Trzynasty Międzynarodowy Piknik Lotniczy uważam za otwarty! W tym roku obowiązującym strojem na Uroczystym Otwarciu jest kombinezon i mundur lotniczy! Każdy inny strój wygląda obco i stara się nie rzucać oczy. I słowa, bardzo ważne słowa, płynące gdzieś z głębi serca Jerzego Główczewskiego - słowa o tym jak to było wtedy, gdy w równie piękny dzień inne uniformy odmówiły stalowym mundurom z lotniczymi orłami nad lewą kieszenią należnego im miejsca w jednej, jedynej uroczystości, której nie da się nigdy już powtórzyć! O zniewadze, którą przyjęli jak wszystko, co im gotował okrutny wojenny los - ze spokojem, zaciśniętymi ustami i z honorem - tak jak walczyli. Wspomnienia o tym, co się działo po tej defiladzie i co się działo przed nią. O wielkiej lotniczej rodzinie i smutnych latach zapomnienia i podciętych skrzydeł. A wreszcie najważniejsze - o nadziei, o następnych pokoleniach Orląt. I te najbardziej osobiste- podziękowania dla kolegi-pilota za jego samolot, za chwile za sterami, za ożywienie wspomnień.

Co było potem? To samo, co każdego roku, w powietrze poszły konstrukcje stare i nowe, nasze i obce. Byli stali bywalcy - Antoni „Tosiek" Nowak ze sowim Piperem, TS-8 Bies i Jak-52 z Konstancina, Gawron, Jak-12, samoloty Fundacji Polskie Orły i Muzeum Lotnictwa Polskiego. Dwa kompletnie różne jednak jednakowo piękne i precyzyjne pokazy akrobacji zespołowej dały Orliki i Zespół Żelazny. Robert Kowalik z Jurgisem Kairysem na zmianę starali się nam udowodnić, że samolot niekoniecznie musi latać smiglem do przodu i kołami do dołu, sekundował im w tych Wojciech Krupa. Gdzieś tam hen pod chmurami piloci F-16 dali pokaz pięknej angielskiej korespondencji, MiG-i -29 spaliły nieco niżej kilka cystern paliwa w kilkusekundowym przelocie. Całkiem przyjemnie dla oka zaprezentowały się w „niskich" przelotach „pasażery". Papuga wyskalował okna na wieży w Góraszce, a Krzysztof Galus pokazał jak się lata na jednym silniku pomimo tego, że producent na jego mały samolot założył aż dwa. Przez te dwa dni ja jednak inaczej niż zwykle patrzyłem powietrzne wyczyny na Spitfire-a w polskich barwach, naszego pilota i asa lotnictwa - Jana Zumbacha, żółtego Tiger Moth-a Jacka Mainki na którego pokładzie Jerzego Główczewski bujał wspomnieniami gdzieś nad białymi skalami Doker, Stearmana PT-17 który wyszkolił zapewne wielu pilotów po których musiał być może lecieć kiedyś jakaś PBY-5A Catalina. Dziwny były to dni i dziwnie się czułem spoglądając w niebo na Dakotę, tak jak kiedyś patrzyli może młodzi ludzie czekający na nią gdzieś na Motylu. Tylko, że po tym, co usłyszałem w sobotę „dokumentowałem" te pokazy trochę „z przyzwyczajenia", tak na prawdę czekałem na coś, co powinno się wydarzyć.

I wreszcie w niedzielne popołudnie stało się to, co musiało się stać! Battle of Britain Memorial Flight uratowała honor Air Ministra! To nic, że to 8 czerwca, że rok 2008! W powietrze idą samoloty z biało-czerwonymi szachownicami na silnikach, na ich kadłubach i skrzydłach dumnie lśnią kokardy RAF. Burta w burtę lecą Spitfire ze znakami „RF" z 303 Polish Air Force Fighter Squadron najlepszego dywizjonu biorącego udział w Bitwie o Anglię! Tiger Moth, na którym angielscy instruktorzy z zażenowaniem uznawali wyższość wyszkolenia tych „strange Polish gentleman's". Na całym lotnisku zapada idealna cisza, tylko Merlin swoim basem ogłasza, że 3-0-3 dołączył do szyku! A na jego skrzydle, w maleńkim Tiger Moth-cie - On, który nareszcie po ponad sześćdziesięciu latach dostał pozwolenie na start do tamtej tak przez lata wojny wyczekiwanej defilady.

Marek Chmiel

<< wstecz   dalej >>


Advertisement
 
 
VII Małopolski Piknik Lotniczy Kraków 2010