Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

 
 
Home Page arrow IAN Stories arrow Aeronautics Sports arrow 18 = 40? Warszawskie i Mazowieckie Zawody Samolotowe – reaktywacja!
 

Now in all pressshop:

Check It!

Read more >>

 


Google
Web IAN
Advertisement
 
18 = 40? Warszawskie i Mazowieckie Zawody Samolotowe – reaktywacja! PDF Drukuj E-mail
Thursday, 23 October 2008
W październikowy wieczór siedzimy ze znajomymi przy „grzanym lekarstwie na przeziębienie", za oknem przeciekają na potęgę jakieś bure kłaczyska, po prostu tragedia. Nagle pada pytanie: „będziesz w piątek na Bemowie?" - Po co? Riposta pytającej osoby nie nadaje się do druku, zostałem odsadzony od czci i wiary, podważony został mój profesjonalizm i ucierpiała ambicja. Dlaczego? - Nie wiedziałem w piątek zaczynają się 18 Warszawskie i Mazowieckie Zawody Samolotowe.
Wyraz twarzy mojego Szefa bardzo czytelnie oddawał jego pogląd na moje uczestnictwo,- zgodził się pod warunkiem, że nie będzie to kolidowało z pracą. W piątek od rana zawijałem się jak w ukropie, trzeba w parę godzin odwalić robotę. Udało się, ale nie do końca, dotarłem na lotnisko, gdy konkurencja już trwała. Postanowiłem, zgłębić na początek intrygującą nazwę zawodów. Dlaczego 18-te? Ostatnie naście lat spędziłem tyle dni i nocy na lotnisku, że nie było najmniejszych szans na przeoczenie takiej imprezy. A jednak to osiemnasta edycja zawodów tylko, że ich historia jest zaledwie o dwa lata krótsza od mojego życia. Po raz pierwszy w Warszawie latało się „precyzyjnie" w wrześniu 1968 roku! Przez kolejne piętnaści lat zawody były organizowane corocznie, ja w tedy z lotnictwem miałem tyle wspólnego, że kleiłem modele. Gdy w1982 roku wznowiono zawody oraz w 1988 kiedy odbyły się „poprzednie" XVII nie było mnie w Warszawie.

Obserwowanie z płyty lotniska konkurencji nawigacyjnej skutkuje przemoczeniem butów (nie moich, kierownika sportowego zawodów!) oraz całkowitym brakiem „materiału prasowego". Udaję się z prośbą do Sędziego Głównego Andrzeja Osowskiego o umożliwienie zabrania się jutro z jakąś załogą.

Kolejna próba „leczenia" o mało nie pozbawiła mnie możliwości skorzystania z zaproszenia na pokład zawodniczej Cessny. „Rano" wpadam w panice do Pokojów Sędziowskiego i już o drzwi słyszę: „za 25 minut nasz być przy KSY, pilot wie że z nim lecisz!" Nie będąc członkiem załogi solennie obiecuję, że nie będę pomagał i postaram się nie przeszkadzać. Mój fotel jedzie na sam dół i do tyłu - będę miał wspaniały prospekt na tablice przyrządów i ewentualnie kawałeczek nieba, ziemi raczej nie będę widział. Wszystkie znaki i obiekty są umiejscowione po lewej stronie trasy tak, aby pilot mógł je zobaczyć ze swego miejsca. Dla samotnie lecących pilotów to duży handicap. Szybko ustalamy zasady mojego „nieprzeszkadzania i niepomagania". Krótka kontrola przedstartową, na listwę nad tablicą lądują wszystkie fotki. Dostaję dziewiczo czysty egzemplarz mapy zawodniczej. Nie mam czasu na zabawę w „obliczenia nawigacyjne", będzie trzeba stale porównywać teren z mapą. W końcu start. Górka Śmieciowa usiłuje przytulić nas do swojego łona, nic z tego zostawiamy ja pod skrzydłem i w drogę. Nad linią startu musimy zgłosić się co do sekundy jest chwila czasu na zapoznanie się z trasą lotu. Łomianki, Legionowo, Jachranka, Serock, Pułtusk, Wyszków, Strachówka, Wołomin, Marki i do domu - ot godzinka lotu, przynajmniej w teorii, praktyka zaraz się zacznie.

Linię startu odnajduję bez problemu - drogą obok domu mojej ex-małżonki do posiadłości naszej starej znajomej, nad skrzyżowaniem prowadzącym do jej podwórka jesteśmy nad punktem! Zaczyna się walka z czasem, wiatrem i pomysłami sędziego głównego w doborze obiektów do rozpoznania. Kilka lasków, grobli, jakieś chałupki, jeziorka, słupy energetyczne - nie ma co, trzeba będzie mieć oczy szeroko otwarte. Od przekroczenia linii startu Cessna leci z silnym przechyłem na lewe skrzydło. Krzysztof Sysio z Aeroklubu Bielsko-Bialskiego leci jako „profesjonalista", po wczorajszej konkurencji ma bardzo dobra lokatę w połowie pierwszej dziesiątki, przed nim są już tylko ci, których nazwiska przewijają się w sprawozdaniach z zawodów pucharowych. Już po kilku minutach wypatrzył pierwsze znaki. Przyglądam się jego technice lotu. Mapa złożona tak ze widać tylko odcinek do najbliższego punktu zwrotnego w lewej ręce trzymającej wolant, kciuk co minutę przesuwa się na kolejny znacznik czasu na kursie, prawa ręka manewruje gazem i klapami, prowadzi lekkimi zakosami starając się nie odpadać więcej niż na 5 stopni od kursu. Stale zmienia wysokość lotu w ten sposób kompensuje wiatr i pilnuje czasu, gdzieś tam na dole czasza się ukryte punky pomiaru czasu. Jego głowa stale kręci ósemki - jakby żywcem wzięte ze starej szkoły pilotów myśliwskich; przyrządy, horyzont, ziemia, horyzont, przestrzeń nad i przed nami znów przyrządy i tak w kółko. Jeśli wypatrzy coś na ziemi pogłębia przechył czasem zaciągnie nieco głębiej zakręt, w tym czasie prawą ręką zaznacza to c zobaczył na mapie, powrót na kurs i lecimy dalej.
Wysoka pozycja maski i pochylenie samolotu skazuje mnie na bierne podziwianie widoków, nie poddaje się patrzę daleko w przód starając się cały czas mieć teren zorientowany z mapą. Jeżeli wypatrzę coś, co wydaje mi się być znakiem lub obiektem, czekam aż wejdzie pomiędzy maskę i skrzydło. Podnoszę aparat i jeśli pilot zaciągnie trochę więcej z markerem w prawym ręku naciskam migawkę - znów coś wyłowiłem.
Po trzecim PZ-cie mamy wiatr prosto w ogon, już po minucie wiemy, że nie jest dobrze. Wieje dobre 10 knotów więcej niż podali na odprawie, trzeba będzie ostro hamować... Zaczyna się wiec wiszenie na klapach z maską już teraz dobrze powyżej horyzontu i co chwila górka i zjazd na łeb w zakręcie. Co mnie wczoraj podkusiło na to „leczenie"- przecież to „nie honor" prosić o przerwanie konkurencji albo co gorsza o torebkę na wiadomo co. Na szczęście w kieszeni znalazł się dyżurny cukierek, po trzech minutach sytuacja opanowana. Przed piątym PZ-em wiatr zniósł na lewo obiekt ze zdjęcia sam pcha się po mojej burcie w obiektyw. Pilot nie ma go szans zobaczyć, robię dużo zamieszania z aparatem po mojej stronie kabiny i przytrzymuje palcem zdjęciem „żeby nie wypadło". Trzask migawki i Cessna wali się na prawe skrzydło! Kolejne dwadzieścia minut upływa nam na próbie wyłowienia z silnie zurbanizowanego terenu kilku skrzyżowań i chałup - nic z tego - czterech zdjęć nie znajdziemy do samej mety. Po locie przyznaję się Krzysztofowi do moich wczorajszych prób leczenia i ich konsekwencji na czwartym odcinku - albo mnie pociesza albo rzeczywiście nic nie zauważył. Za to załoga innej Cessny postanowiła nagle wyprać dywaniki i wyczyścić fotele.

W niedziele ostatnia konkurencja - lądownia na celność. Na odprawie Andrzej Osowski tłumaczy zasady punktacji posługując się porównaniem do lądowania na lotniskowcu - ci, którzy zrobią niedolot będą karmą dla rekinów -zobaczymy czy piloci wezmą sobie te przestrogę do serca. Idziemy na lotnisko. Przez pierwsze dwie kolejki pełnię zaszczytna funkcje inteligentnego odciągu bramki do lądowania znad przeszkody" lub jak to woli pomocnika sędziego. Staruje 28 załóg, każda ma wykonać po trzy lądowania, czyli nie wcześniej niż o 14 będzie można nareszcie napić się czegoś ciepłego. Na szczęście po drugie stronie mam Katarzynę, jest z kim pogadać. Lądowania to najbardziej widowiskowa cześć zawodów, nic dziwnego, że na lotnisko ściągają mieszkańcy okolicznych osiedli. Zaczyna się konkurencja, jedna z załóg chyba za bardzo wzięła sobie do serca porównie z lotniskowcem - po przyziemieniu zagarnęli ostrogą „liny hamujące" - Panowie, dobrzeje że nikt nie powiedział wam o istnieniu „bariery Davisa"- płot na lotnisku mógłby się obawiać o swoje istnienie!

Jeszcze tylko część oficjalna, puchary, uściski dłoni i nareszcie możemy swobodnie pogadać o zawodach, powymieniać na gorąco uwag i wspomnienia z konkurencji. Mnie najbardziej interesują opinie na temat, czym tak naprawdę jest latanie w takich zawodach- w opinii większości uczestników - świetną zabawą, okazją do ćwiczeń praktycznych z obliczeń, porównywania trasy z mapą, wznawiania nawigacji, rozpoznawania obiektów charakterystycznych na trasie. Najlepiej w zawodach poszło tym, którzy, na co dzień solidnie przykładają się do zaplanowania lotu, przygotowania mapy, policzenia trasy a GPS używają do celu, w jakim został skonstruowany - „pomocy nawigacyjnej" a nie „przyrządu nawigacyjnego". Przyznam się, że mnie „wciągnęło" - i tu prośba do Organizatorów: nie karzcie mam czekać na kolejne XIX Zawody tle lat ile czekali zawodnicy na XVIII!

Wszystkich, którzy chcieliby się zapoznać się nie tylko z suchymi wynikami zawodów, ale również z trasami i obiektami odsyłam na stronę Aeroklubu Warszawskiego www.aeroklub.waw.pl.

Marek Chmiel

dalej >>


Advertisement
 
 
VII Małopolski Piknik Lotniczy Kraków 2010